Dariusz MichalskiDariusz Michalski
80 LAT DZIECI PŁOCKA

Został mi „Dzienniczek zlotowy”. Dzięki niemu opowiem wam o Dzieciach Płocka, druhu Milke, swoim dzieciństwie. I o tym, jak Berlin zawojowaliśmy [FOTO, WIDEO]

Kochany „Płomyczku”! Jest nam tu dobrze. Mieszkamy w pięknym pałacu. Naokoło jest las. Chłopcy i dziewczynki ćwiczą bardzo pilnie, żeby w Berlinie wystąpić jak najładniej. Bardzo się cieszę, że spotkało mnie takie wyróżnienie i muszę się starać, żeby moje popisy wypadły dobrze [Jest lato 1951 r., mam dziewięć lat…].

We wrześniu 1946 r. w Płocku Wacław Milke zorganizował drużynę harcerską. Miał trzydzieści dwa lata, za sobą przynależność do prawdziwego, bo przedwojennego harcerstwa: był w nim młodzikiem, wywiadowcą, ćwikiem, wreszcie harcerzem orlim. Doświadczony menadżer, jeszcze w szkole podstawowej organizował uroczystości szkolne i harcerskie, potem prowadził drużynę harcerską i krąg starszoharcerski. W 1935 r. uczestniczył w Jubileuszowym Zlocie ZHP z okazji ćwierćwiecza polskiego harcerstwa. Trzy lata później, po przeprowadzce z rodzinnego Wyszogrodu do Gąbina, zorganizował tam teatr amatorski.

W 1940 r. aresztowany przez gestapo, trafił do obozu koncentracyjnego Dachau. W obozie w Gusen organizował między innymi wieczory literackie. Piękna karta historii, wspaniały człowiek.

W Płocku zamieszkał w 1946 r. i natychmiast zorganizował Chór Rzemiosła, niedługo potem Zespół Małych Form Artystycznych oraz Harcerską Drużynę Artystyczną. To z niej wywodzi się Harcerski Zespół Pieśni i Tańca Dzieci Płocka.

Do Dzieci Płocka dostać się nie było łatwo: coroczny nabór poprzedzały egzaminy, na których sprawdzano muzykalność, ruchową elastyczność, chyba też i inteligencję przyszłych artystów. Zdałeś – przyjmowano cię od razu do odpowiedniej grupy tanecznej. Najmłodsi należeli do grupy sannickiej i ja tam trafiłem; starsi do najbarwniejszej grupy łowickiej; najstarsi do grupy góralskiej. Te grupy pamiętam. I pamiętam regularne ćwiczenia, lekcje, korepetycje, próby.

W swoim „Dzienniczku zlotowym” zanotowałem: „Wstąpiłem do zespołu 15-IX-50 roku. Czuję się tu dobrze, mam miłych kolegów i koleżanki i dobrą opiekę. Uczymy się różnych ludowych tańców. Byłem już dwa razy w Pruszkowie, w Białymstoku, ostatnio na Dziecięcym Zlocie w Warszawie. Jesteśmy kandydatami na Międzynarodowy Zlot Młodych Bojowników o Pokój w Berlinie. Musimy się dobrze starać, żeby wziąść pierwsze miejsce na Zlocie”.

Moje ambicje były uzasadnione – w 1949 r. na takim samym festiwalu w Budapeszcie Dzieci Płocka „wzięły” pierwsze miejsce!

Czy podobały się? Może inaczej: czy podobaliśmy się? Bardzo. I nie tylko dlatego, że to był czas szczególnej mody na takie zespoły nibyfolklorystyczne.


8 listopada 1948 r. zostało powołane do życia dorosłe Mazowsze (debiutowało nieoficjalnie półtora roku później przed premierem Józefem Cyrankiewiczem), od 1 lipca 1953 w Koszęcinie działał podobny zespół Śląsk. W końcu 1955 r. zadebiutował zespół pieśni i tańca Warszawa. Jego założyciel Tadeusz Sygietyński po dwuletniej infamii powrócił do swojego Mazowsza, ściągając do niego nie tylko dawnych „warszawian”, ale również członków Zespołu Pieśni i Tańca Skolimów, kierowanego przez znakomitą choreografkę Jadwigę Mierzejewską (to ona opiekowała się nami w Turczynku, przed wyjazdem Dzieci Płocka na festiwal w Berlinie).

Mazowsze i Śląsk miały, oczywiście, wielu innych konkurentów, w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych moda na ludowe zespoły pieśni i tańca była bowiem powszechna.

Najważniejszymi były: założony w 1951 r. Zespół Pieśni i Tańca Politechniki Warszawskiej (jego repertuar stanowił folklor muzyczny różnych regionów Polski oraz warszawski folklor miejski), dziewczęce Malwy, Dzieci Warszawy, moje Dzieci Płocka, hołubiony przez dolnośląskich spółdzielców Zespół Pieśni i Tańca Wrocław. Prawie żaden z nich jednak tamtym dwóm nie dorównał – ani poziomem, ani dorobkiem, ani sławą. Żaden z nich nie miał też łatwo, bowiem jak dotąd sztuczny folklor dopieszczały, tak w 1956 r. władze ideowo-kulturalne postanowiły zweryfikować swoją dotychczasową postawę (tak się wtedy mówiło i pisało) i zrobić porządek z nadprodukcją.

Wiele zespołów wtedy zlikwidowano, wiele „odchudzono” (nawet w Śląsku zdekatyzowano balet i chór!) – na szczęście nasz stutrzydziestoosobowy zespół pieśni i tańca oszczędzono. Piszę „nasz”, choć od paru lat to już nie był mój zespół.


Jakie były, jakie byłyśmy my, Dzieci Płocka? Bez wątpienia autentyczne. Na pewno urocze – przecież największy ponurak szczerze się uśmiechał, widząc maluchów topiących wielką Marzannę, walczących z podwawelskim Smokiem, przypominających ludowe scenki-obrzędy – Wianki, Gaik czy Święto Chleba.

Początkowo tańczyłem i śpiewałem w grupie sannickiej. Moim marzeniem było dostanie się do łowickiej (bardzo mi się podobały tańczące tam nieco starsze koleżanki), ale po roku trafiłem do grupy śląskiej. To, co na temat naszego zespołu pisała później prasa, obowiązywało, charakteryzowało go też na początku niełatwych lat pięćdziesiątych: „Młodzież spotyka się na próbach, wyjeżdża na koncerty, obozy, organizując ogniska, nie zapominając o swojej przynależności do harcerstwa. Zdobywane stopnie i sprawności spełniają również ważną rolę wychowawczą. Zespół ma niewielu dorosłych opiekunów. Młodszymi zajmuje się starsza młodzież. Na próbach jest to mniej widoczne, ale to zżycie członków zespołu uwidacznia się przede wszystkim na obozach”.

W „Słowie Powszechnym” (z 31 grudnia 1983 r.), które zacytowałem, wypowiedział się druh Milke: „Praca z młodzieżą nie może być odfajkowana, prowadzona z zegarkiem w ręku, bo wówczas trudno liczyć na efekty. Do Dzieci Płocka nie jesteśmy w stanie przyjąć wszystkich chętnych, z żalem odsyłam rodziców z ich pociechami. Mamy skąpe pomieszczenia, brakuje kadry instruktorskiej, która na co dzień zajęłaby się dziećmi, uczyła ich tańca, piosenek, dbała o to, by każdy pobyt w zespole pozostawił w nich trwały ślad. By od najmłodszych lat rozwijały swoje zainteresowania i uczyły się współżyć w grupie”.

To wszystko prawda. No, prawie wszystko, bo zdobywania sprawności harcerskich jakoś sobie nie przypominam, ale – zwracam uwagę – tamto harcerstwo także się zmieniało, nie tylko organizacyjnie. Przecież już jesienią 1948 r. rozpoczęła się stopniowa likwidacja Związku Harcerstwa Polskiego. Dotychczasowych instruktorów zastępowano działaczami Związku Młodzieży Polskiej, błyskawicznie awansując ich na harcmistrzów. 1 czerwca 1950 r. dawny skrót ZHP przestał istnieć – zastąpiono go nowym: OH (Organizacja Harcerska). Inne symbole, inne chusty, inne było wszystko. Nasz ukochany druh Milke bardzo wtedy cierpiał, choć właściwie powinien się cieszyć: zdegradowano go do roli instruktora artystycznego, na szczęście nie relegowano, nie ukarano.

W swoim „Dzienniczku zlotowym” napisałem:

„Dnia 1 lipca przyjechaliśmy do Turczynka na Festiwalowy Obóz Przygotowawczy. Mieszkamy w dwóch pięknych pałacach, w jednym chłopcy, w drugim dziewczynki. Jest tu naprawdę pięknie, jedzenie mamy bardzo smaczne i nasi opiekunowie są bardzo dobrzy i mili. Przygotowujemy się tu na występy w Berlinie. Mieszka tu razem z nami Zespół Akordeonistów z Orzegowa, który tak samo jak i my jedzie do Berlina. Dnia 15 lipca przyjechał do nas chór chłopięcy Filharmonii Poznańskiej. Poszliśmy z nimi zwiedzać okolice i zapoznać się. Myśmy im tańczyli, oni nam śpiewali:.

Turczynek to podwarszawskie sioło między Milanówkiem a Podkową Leśną; sąsiaduje ze Stawiskiem, dawną posiadłością pisarza Jarosława Iwaszkiewicza.

Dwie wille, w których przez miesiąc mieszkaliśmy, otaczała piękna legenda, jeszcze przedwojenna. Otóż w jednej z nich miał mieszkać bogacz, który dla swej narzeczonej wybudował nieopodal niemal bliźniaczy pałacyk. Oba łączyła alejka, którą bogacz chadzał do panny tak długo, aż zgodziła się wyjść za niego.

W czasie II wojny światowej Turczynek zajęli Niemcy, potem Sowieci. Po wyzwoleniu zorganizowano tam szkołę.

W lipcu 1951 r. w obu pałacykach zamieszkaliśmy my, Dzieci Płocka: dziewczynki w budynku po prawej, my w tym drugim. U nas była jadalnia, u nich sala ćwiczeń z niedużą sceną. Byliśmy oczkiem w głowie władz politycznych, więc warunki mieliśmy luksusowe. Nazywani „małym Mazowszem”, od sławnego zespołu pieśni i tańca otrzymaliśmy wsparcie komunikacyjne: dwa autokary. Ministerstwo Kultury wydelegowało do nas choreografki, instruktorki, korepetytorki. Tańczyliśmy pod bacznym okiem Natalii Lerskiej (była żoną popularnego szansonisty-gawędziarza Juliana Sztatlera), wybitnej specjalistki ruchu scenicznego. Oraz wspomnianej „cioci” Jadzi Mierzejewskiej. Naszym zespołem muzycznym opiekował się Jerzy Smoczyński (w 1957 r. został korepetytorem baletu Opery Warszawskiej).


Pracowaliśmy naprawdę ciężko. Nic dziwnego, że staliśmy się sensacją dla mediów. W „Dzienniczku zlotowym” zanotowałem:

„Niedawno przyjechało do nas Polskie Radio i nagrywało część naszego montażu [chodzi o układ pieśni i tańców ludowych]. Byli też u nas fotografowie i korespondenci z >>Płomyka<< i >>Świata Młodych<<. Przeprowadzali z nami wywiad i robili zdjęcia z wiązanki naszych tańców ludowych”.

„Płomyk” to w rzeczywistości” Płomyczek”, tygodnik dla młodszych dzieci. Na okładce numeru 49 z 5 sierpnia 1951 r. stoi trójka wybrańców: Lila Bakuszew, ja oraz Wandzia Lewandowska.

W środku trzy nasze listy. Mój był taki:

„Kochany „Płomyczku”!

Jest nam tu dobrze. Mieszkamy w pięknym pałacu. Naokoło jest las. Chłopcy i dziewczynki ćwiczą bardzo pilnie, żeby w Berlinie wystąpić jak najładniej. Bardzo się cieszę, że spotkało mnie takie wyróżnienie i muszę się starać, żeby moje popisy wypadły dobrze.

Z Berlina napiszę ci >>Płomyczku<< i opiszę, co widziałem, żeby moi koledzy z całej Polski też o tym wiedzieli.

Do Berlina przyjadą dzieci z całego świata.

Dariusz Michalski (9 lat)”.


W swoim „Dzienniczku zlotowym” tak zrelacjonowałem Najważniejsze Międzynarodowe Wydarzenie Polityczne, jakim był – czy aby tylko w mojej chłopięcej świadomości? – III Zlot Młodych Bojowników o Pokój (tak go uparcie nazywałem, bo najpewniej tak go nazywali wszyscy dorośli):

„Dziś dnia 3 VIII siedliśmy w pociągu, który wiezie nas do Berlina. Ubrani jesteśmy w nowe mundurki zlotowe. Śpiewamy, cieszymy się. Cały pociąg przystrojony jest w chorągiewki i napisy. Razem z nami jadą inne zespoły artystyczne. Mijamy po drodze różne stacje, wszędzie machają do nas uśmiechnięci ludzie. Dojechaliśmy do granicy. Jakoś smutno nam się robi. Most, za mostkiem Państwo Niemieckie. Jesteśmy za granicą. Dojechaliśmy do Frankfurtu. Jak bardzo serdecznie nas witają, dostajemy kwiaty, torebki z jedzeniem, cukierki, lemoniadę. Bardzo wesoło i uroczyście dojeżdżamy do Berlina”.

W czym wówczas uczestniczyłem i gdzie byłem – tak naprawdę uświadomiłem sobie dopiero sześćdziesiąt lat później.

Przede wszystkim to, że już w 1945 r. w Londynie powstała Światowa Federacja Młodzieży Demokratycznej (ŚFMD): międzynarodowa organizacja „jednocząca postępowy ruch młodzieży różnych krajów”. W latach pięćdziesiątych skupiała ponad sto milionów członków w stu pięćdziesięciu siedmiu organizacjach w dziewięćdziesięciu sześciu krajach, swoją siedzibę miała w Budapeszcie, hymn zaś znany był chyba we wszystkich krajach członkowskich. „Naprzód, młodzieży świata” – śpiewano w Polsce za autorem Krzysztofem Gruszczyńskim, do melodii „Гимна демократической молодёжи мира” Anatolija Nowikowa.

Federacja ŚFMD była platformą „wymiany poglądów, manifestacji niezależnej myśli, walki o pokój, braterstwo i demokrację”. Organizowała Światowe Festiwale Młodzieży, odbywające się od 1947 r. co dwa (początkowo nieparzyste) lata, w stolicach krajów nie tylko „bratnich”, czyli socjalistycznych (komunistycznych, demokracji ludowej – określenie do wyboru). Najpierw w Pradze, potem w Budapeszcie, Berlinie (1951), Bukareszcie, Warszawie, Moskwie, w 1959 r. w Wiedniu. Mijały potem lata (te festiwalowe to: 1962 – Helsinki, 1968 – Sofia, 1973 – Berlin, 1978 – Hawana, 1985 – Moskwa), zmieniał się świat, ale ideologia ŚFMD wcale nie straciła na… powiedzmy, że atrakcyjności – szesnasty Światowy Festiwal Młodzieży, który w 2005 r. gościło Caracas, stolica Wenezueli, zgromadził piętnaście tysięcy młodych ludzi ze stu czterdziestu czterech krajów. Odbywał się, jak dawniej, „na rzecz pokoju, solidarności i przeciw imperializmowi”.


Jest sierpień 1951 r., polski uczestnik berlińskiej imprezy skrupulatnie notuje w swoim „Dzienniczku zlotowym” (pisowni, interpunkcji i ortografii nie zmieniłem – to autentyk):

„5 VIII rozpoczął się Zlot. O godz. 9-tej udaliśmy się samochodami a potem pieszo na stadjon gdzie rozpoczęła się defilada. Pięknie wyglądały różne narodowości w strojach ludowych. Szli rosjanie, murzyni, malajczycy, francuzi, czesi, belgowie, hiszpanie, włosi i inni. Po południu odbyły się pokazy artystyczne i sportowe. Najpiękniejsze były pokazy radzieckie. Młodzi dziewczęta i chłopcy poubierani w stroje czarne, żółte i białe [to symboliczne kolory skóry], po ustawieniu się utworzyli trzy napisy: mir, peace, frieden. Wyglądało to prześlicznie! Później utworzyli pole gdzie we środku młode dziewczęta grabiły pole a z obydwóch stron jechały kombajny, też utworzone z młodych chłopców i dziewcząt. To mi się najlepiej podobało. Polska delegacja też wyglądała bardzo ładnie i cieszyłem się. Myśmy siedzieli na trybunie i wszystko można było dobrze zobaczyć. W przerwach odwiedzaliśmy delegatów z innych krajów i Ci wpisywali nam się do dzienniczków. O godz. 5-tej udaliśmy się ze śpiewem na ul. Eckerstrasse do szkoły w której mieszkaliśmy”.

tu obejrzycie wideomigawki z Berlina:

W blok-notesie brak kilku kolejnych stron (ślady ich wyrwania są wyraźne), więc przypuszczam, że zaanektowano je na wystawę pofestiwalową, jaką Dom Harcerza w Płocku urządził. Co zawierały? Najpewniej dość dokładny opis naszych występów, spotkań i najrozmaitszych imprez, na których szczerze i spontanicznie (jakżeby inaczej!) wykrzykiwaliśmy hasła, w jakie wyposażyli nas organizatorzy naszej polit-tury. Sta-lin-Bie-rut-Wil-helm-Pieck! pamiętam do dzisiaj, na ogromnym stadionie imienia Ernesta Thelmana skandowaliśmy je nieustannie.

Co się dziwić, skoro co wieczór rozdawano nam ogromne paczki z wedlowską mieszanką czekoladową…

Dostawali je wszyscy. Zdrowi i chorzy.

Cztery dni leżałem chory na anginę. Leżałem w specjalnej izolatce, opiekowała się nami pielęgniarka i lekarz, byli dla nas tacy serdeczni i troskliwi jak rodzice. Mieliśmy też swoją polską lekarkę która przychodziła do nas co dzień. Dzień przed wyjazdem występowaliśmy na placu Marksa i Engelsa, gdzie biło nam brawa kilka tysięcy ludzi.

Po występie udaliśmy się na proszony podwieczorek do ambasadora Polski pana Izydorczyka. Jedliśmy tam wspaniałe rzeczy i owoce, torty ciastka czekoladki i kakao. Pan Izydorczyk bardzo serdecznie nas gościł i pani ambasadorowa też.

Następnego dnia to jest 17 sierpnia rano pobudka i odjazd. Na drogę dostaliśmy dużo dobrego jedzenia i wygodny pociąg. Bardzo serdecznie nas żegnali niemcy, a myśmy zapraszali ich do siebie w gościnę. Nasz gospodarz niemiec tak się zżył z nami że na stacji przed odjazdem pociągu płakał. Żegnała nas orkiestra kolejowa.

Pojechaliśmy. Każdy zabrał się do jedzenia.


O godzinie 4 przejechaliśmy granicę i zrobiło nam się jeszcze weselej, bo wszędzie dobrze, ale najlepiej w domu.

Do Płocka wróciliśmy następnego dnia o godzinie 12. Wszyscy rodzice czekali na nas z kwiatami. Każdy dostał wiązankę kwiatów i ja też.

Niech żyje III Światowy Zlot Młodych Bojowników o Pokój w Berlinie i niech żyje Płock!


To entuzjastyczne sprawozdanie (jak łatwo poddać się indoktrynacji!) ilustruje w moim „Dzienniczku” wycinek z gazety: na fotografii roztańczona grupa łowicka, pod zdjęciem podpis:

„Regionalny zespół dziecięcy Domu Harcerza w Płocku jest najlepszym zespołem w Polsce. Brał on udział w Festiwalu Młodzieży Demokratycznej w Berlinie oraz zdobył na Festiwalu Muzyki Polskiej pierwszą nagrodę”.

Nie wiem, czym była ta nagroda, ale dla nas, uczestników festiwalu i jego laureatów, miała wymiar odczuwalny, policzalny. Każde z Dzieci Płocka otrzymało dziewięćdziesiąt enerdowskich marek: mnie wystarczyły na trzy zegarki Ruhla (także dla rodziców) i skórzany portfel. Jasnobeżowy.

Dla czytelnika tego diariusza, posługującego się pojęciami-wytrychami takimi jak „komuna”, ocena mnie i mojego dzieciństwa może być tylko jedna: bękart socjalizmu.

Fakt, tamten ustrój złamał niejednego, narzucił własne wytyczne (bo przecież nie reguły), pod hasłem „równość” wprowadził wyjątkową niesprawiedliwość. Na V Zlot Przodowników Pracy i Nauki wiodła jego uczestników do Warszawy radosna piosenka, której autor Henryk Gaworski kazał śpiewać tytułowemu Maszyniście: „Mam dziewczynę z oczami jak chabry, / lecz czym inna zajęta ma myśl: / stutysięczny kilometr bez napraw / mój parowóz ma przebiec dziś. / Z tym wynikiem chcę stanąć na Zlocie, / by powiedział przyjaciel i druh, / że nie byłem ostatni w robocie, / żem pracował jak zuch, jak zuch”.

Nas, Dzieci Płocka, to nieustanne pranie mózgów i lasowanie umysłów właściwie nie dotyczyło, bośmy tego nie rozumiały i nie zauważały. Ale przecież już rok wcześniej otrzymałyśmy polecenie założenia i prowadzenia „Dzienniczków zlotowych”, w których miałyśmy notować, rysować, wklejać do nich zdjęcia i wycinki prasowe. Bardzo szybko wykorzystano je jako dokumenty administracyjne, wpisując oficjalne oceny naszej dziecięcej działalności artystycznej.


W moim blok-notesie mam dwie.

  • Pierwsza: „28-VI-17-VII-52 r. Obóz Przygotowawczy do Zlotu Młodych Przodowników Budowniczych Polski Ludowej w Michalinie z wynikiem bardzo dobrym – [minus]”. I pieczątka: Kolonia Przedzlotowa Zespołu Artystycznego Płock w Michalinie. Oraz trzy nieczytelne podpisy.
  • Druga, tym samym charakterem pisma: „20-22-VII-52. Zlot Młodych Przodowników Budowniczych Polski Ludowej w Warszawie”. Pieczątka: Dom Harcerza w Płocku ul. Stalina 21. Podpis tylko jeden.

Na poprzednich stronach zachowały się wklejone zdjęcia: na jednym ja z koleżanką w tańcu śląskim, drugie, podpisane „zespół artystyczny Domu Harcerza w Płocku przygotowuje się do występów”, zostało zrobione na estradce kortów Legii przy Myśliwieckiej (vis-à-vis Radia, do którego zapukałem kilkanaście lat później).

Dużo lepiej i wyraźniej pamiętam z tamtego festiwalu-zlotu budynek legendarnej szkoły Batorego przy Łazienkowskiej, gdzie mieszkaliśmy przez ponad tydzień. Pamiętam zieloną i słoneczną Agrykolę, pełną Wielkich Nazwisk: po wysłuchaniu swego wiersza, Jan Brzechwa pogratulował mi talentu deklamatorskiego i wręczył książkę z autografem (mam ją do dziś, to „Kanato”). To wtedy po raz pierwszy zwiedziłem budynek Centralnej Rozgłośni Polskiego Radia przy Myśliwieckiej.

W tej części mojego „Dzienniczka zlotowego” również brakuje kilku kartek. Najpewniej opisałem na nich wydarzenie, o którym powinienem natychmiast zapomnieć.


22 lipca wieczorny galowy koncert Dzieci Płocka zaszczycili Najważniejsi Ludzie w Polsce, Bolesław Bierut i Józef Cyrankiewicz (oraz spora ich świta), więc za kulisami Teatru Polskiego aż się roiło od czujnych energicznych mężczyzn w obszernych, brzydkich dwurzędowych garniturach, nieco zdeformowanych (każdy lekko przechylał się w lewo, każdy miał niższe lewe ramię).

Od dwóch dni chorowałem na anginę (a może na grypę?), miałem wysoką gorączkę, więc wśród naszych opiekunów zaczęli kręcić się owi dziwni panowie sprawdzający, czy moja choroba nie jest aby udawana i czy to nie wroga akcja przeciwko ustrojowi (autentyczne!). Chory czy nie, musiałem wystąpić. Z bursy w budynku gimnazjum Batorego przywiozła mnie do teatru na ulicę Karasia karetka z lekarzem i pielęgniarką (na sygnale, nie inaczej). Jakiż ja byłem wtedy dumny! A rolę w przedstawieniu galowym miałem niebagatelną: w scenie „Topienie Marzanny” to ja prowadziłem pochód tancerzy, to ja niosłem ciężką kukłę (wtedy podtrzymywany przez dwóch starszych kolegów).

Za kulisami czekał na mnie składany fotel inwalidzki, na którym siedząc obserwowałem niezamierzoną sensacyjną aferę: oto koledze Karolowi, przebranemu za Smoka Wawelskiego, podczas pozorowanej walki z Lajkonikiem odpięła się klapa w spodniach i to w chwili, gdy stał odwrócony tyłem do widowni. Stał zmartwiały, bo przecież pupą wypinał się na gości w loży!

Podobno wtedy zemdlałem, chyba jednak nie z wrażenia, jakim dla wszystkich była pokoncertowa wizyta za kulisami Wujka Tomasza.


Po powrocie z warszawskiego zlotu do Płocka, w końcu lipca 1952 r., czekało mnie smutne rozstanie z zespołem; mój ojciec awansował i musieliśmy bardzo szybko, jeszcze przed nowym rokiem szkolnym, przeprowadzić się pod Warszawę.

W głównej sali Domu Harcerza (jego adres wciąż był ten sam: ulica Stalina 21) żegnały mnie wszystkie grupy taneczne, zespół akordeonistów oraz druh Milke z instruktorkami. Ubrany w dawny strój sannicki, z którego już trochę wyrosłem, zostałem opięty połączonymi w jeden pasami, których koniec trzymała moja sympatia Lila Bakuszew, i w takt „Poloneza” Ogińskiego, okręcając się, szedłem powoli do wyjścia, wciąż połączony z Moim Zespołem wydłużającym się pasem. Na pamiątkę wręczono mi gigantyczny egzemplarz „Pana Tadeusza”, ten z cudownymi ilustracjami Andriollego.


Czy spotkałem się później z Dziećmi Płocka?

Tylko raz, kiedy występowały w Warszawie. To było 5 czerwca 1983 r. Przyszedłem za kulisy Sali Kongresowej, Wacław Milke mnie poznał, ale na dłuższą rozmowę już zabrakło czasu. Potem także się nie spotkaliśmy, chociaż wywiad z nim ukazał się w „Sztandarze Młodych” (w numerze z 5–7 sierpnia), obok mojej stałej rubryki muzycznej „Metronom”.


W 1975 Wacław Milke został Płocczaninem Roku. Dwa lata później otrzymał Order Uśmiechu. Od 2008 r. jest patronem Harcerskiego Zespołu Pieśni i Tańca Dzieci Płocka.

14 czerwca 2010 na Starym Rynku w Płocku odsłonięto pomnik druha Wacława. Długo na to czekał, na szczęście doczekał się.

Dariusz Michalski

Z urodzenia Płocczanin, od lat Żoliborzanin. Dziennikarz, prezenter radiowy, historyk muzyki rozrywkowej. Przez ponad ćwierć wieku autor najstarszej w Polsce rubryki muzycznej „Metronom” w „Sztandarze Młodych”. Zwycięzca dziesięciu nadawanych na żywo teleturniejów wiedzowych (filmowych, tanecznych, muzycznych, kryminalnych), po jednym z nich, w lipcu 1967 r., rozpoczął pracę dla Polskiej Federacji Jazzowej, został sekretarzem redakcji „Jazz Forum”. Współtwórca „Encyklopedii Muzycznej PWM”, „Encyklopedii jazzu”, autor pięciotomowej „Lekkiej muzy” – pierwszego w Europie kompendium muzyki rozrywkowej i showbusinessu, trzech tomów historii polskiej muzyki rozrywkowej, dwuczęściowego kompendium „To była bardzo dobra telewizja”. W TVP twórca 144 odcinków „Leksykonu polskiej muzyki rozrywkowej”, kilkudziesięciu programów autorskich, m.in. magazynu muzycznego „Metronom”, za który otrzymał „Złoty Ekran”. W Programie Trzecim Polskiego Radia prowadził m.in. magazyn „Interradio” i „Mój magnetofon” („z myszką”), a w Radiu Bis cykliczną audycję „Klub czarnej płyty”. Napisał biografie Johna Lennona, Czesława Niemena, Jerzego Wasowskiego Aliny Janowskiej, Wojciecha Młynarskiego, Kaliny Jędrusik, Mieczysława Fogga.

Kategoria: Komentarze, opinie, analizy, News, Stary Płock

Udostępnij artykuł:

Polityka prywatności © 2026 Gazeta Płocka. Projekt i wykonanie: Hedea.pl