Patrol na motocyklach minął rogatki dobrzyńskie i wjechał do miasta. Pozamykane sklepy straszyły dziwnym opuszczeniem…

… polskich żołnierzy nie było, ludzie ukryci za oknami śledzili ukradkiem nowych władców. Był 9 września 1939 roku. Tak w Płocku zaczęła się niemiecka okupacja.

Jeśli interesuje Was, co w Płocku i okolicach działo się w pierwszym tygodniu września, odsyłamy np. do „Notatek Płockich”, wydawnictwa Towarzystwa Naukowego Płockiego. W 2006 r. pisała w nich o tym Elżbieta Szubska-Bieroń. Tu skupiamy się na wydarzeniach od 9 września, dnia, w którym pierwsi żołnierze niemieccy wkroczyli do Płocka. Życie w mieście pod ich okupacją opisywał w „NP” Stanisław Chrzanowski. Przypominamy fragmenty jego opracowania z 1960 r.


Wysadzenie płockich mostów wiślanych w nocy z 8 na 9 września 1939 r. urasta dziś do miana symbolu. Dwie potężne detonacje zamykały bowiem pewien okres w dziejach miasta, pewien etap w historii jego bogatych dziejów. Rankiem 9 września niemiecki oddział motocyklowy minął granice miasta od strony rogatek dobrzyńskich i zajął opuszczony przez oddziały polskie Płock.

W tym miejscu jeszcze wtrącenie z tekstu Elżbiety Szubskiej-Bieroń. Autorka cytuje w nim „Südostpreussische Tageszeitung”: „W mieście ludność nie wiedziała, co się dzieje. Jedni mówili, że Niemcy już są, inny wątpili w to. Wszystko wyjaśniło się o 6.30, gdy niemieckie 3 motocykle musiały się zatrzymać około 60 m przed cmentarzem ewangelickim, ponieważ jezdnie i chodniki przecinał głęboki rów. Rzucono kilka desek i bali i motocykliści pojechali dalej. Za trójką motocyklistów poruszała się kolumna 50 motocykli, za nimi przybywały kolumny samochodów transportowych i zmotoryzowanej piechoty. Motocykliści zawiesili flagę i pojechali w kierunku nadbrzeża Wisły”.

Miasto w tym czasie było wyludnione i puste. Pozamykane sklepy straszyły jakimś dziwnym opuszczeniem. Ludzie ukryci za oknami śledzili ukradkiem nowych władców. Ciszę cmentarną na chodnikach zakłócał jedynie odgłos żołnierskich butów. Na ratuszu pojawiła się niemiecka flaga ze swastyką.


Sytuacja wojenna po 9 września 1939 r. na odcinku płockim przedstawiała się w ten sposób, że prawy brzeg Wisły uchwyciły już w działaniach ofensywnych oddziały niemieckie, lewy natomiast z przedmieściem Radziwiem i całym pobrzeżem wiślanym znajdował się w rękach polskich. Jednostki artylerii (8 pal) rozlokowały się w Radziwiu przy ulicy Kościelnej i Dobrzykowskiej oraz w okolicy cmentarza i stamtąd kontrolowały prawy, nieprzyjacielski brzeg, hamując zapędy Niemców w kierunku Radziwia.

Polska broń maszynowa po zajęciu Płocka musiała przeszkadzać oddziałom niemieckim, bo zdecydowały się one na wysłanie swych oficerów do proboszcza parafii św. Bartłomieja z propozycją, by ks. kan. Mosielski przekazał oddziałom polskim w Radziwiu żądanie zaprzestania ostrzeliwania Płocka z wieży kościelnej. Gdyby Polacy tego żądania nie usłuchali, kościół w Radziwiu miał być zburzony.

Nie wiadomo, ile w tym żądaniu niemieckim było prawdy, a ile mieściło się podstępu, jak również trudno obecnie sprawdzić, czy oddziały polskie rzeczywiście strzelały do Płocka z radziwskiej wieży kościelnej. Faktem jest, że odpowiedź proboszcza Mosielskiego była negatywna. Ks. kan. Mosielski oświadczył, że nie ma możności przekazania żądań niemieckich oddziałom polskim w Radziwiu.

W drugiej połowie września Niemcy zaczęli forsować lewy brzeg Wisły na wysokości Dobrzykowa i Kępy Tokarskiej, w tych bowiem okolicach rzeka była stosunkowo najłatwiejsza do przebycia z uwagi na wiślaną kępę pomniejszającą szerokość jej koryta. Działania na wysokości Dobrzykowa i Tokarskiej Kępy zakończyły się sukcesem Niemców okupionym ciężkimi stratami.


Po zakończeniu działań na tym odcinku cały Płock w swych administracyjnych granicach znalazł się w ręku niemieckim. Po zajęciu lewobrzeżnego obszaru Wisły okupant, w obawie zapewne przed wojennymi niespodziankami, wszystkich mężczyzn, co do których miał jakieś podejrzenie, zabierał jako zakładników i osadzał w liceum Małachowskiego, w kaplicy szkolnej. Znaleźli się więc tam ludzie z Radziwia, Soczewki, Popłacina oraz niektórzy mieszkańcy Płocka, a pośród nich również i duchowni.

Polacy więzieni byli w liceum w urągających higienie warunkach. Gdy sytuacja na odcinku działań wojennych wyjaśniła się na korzyść Niemców, uwięzionych zwolniono. Po odejściu żołnierzy niemieckich z tzw. pierwszej linii frontu do Płocka przybyły oddziały niemieckiej policji i wygalantowani żołnierze SS. Miasto przez parę tygodni przystrojone było flagami hitlerowskimi, a na najruchliwszych punktach stawali żandarmi i wymuszali od przechodzących Polaków ukłony.

Jeśli znalazł się ktoś z przechodniów, kto przed niemieckim mundurem nie uchylił czapki lub kapelusza, zostawał przez żandarmów obity i zmuszony do ukłonu. Te szykany ludności trwały kilkanaście tygodni do grudnia 1939 r. i wywołały u płocczan zdrowy odruch unikania wyelegantowanych Niemców. Z czasem ten okupacyjny chwyt został w Płocku zarzucony, ponieważ Niemcy spostrzegli, że nie daje on rezultatu, jednak w powiecie gostynińskim utrzymano go zwłaszcza na wsi, przez całą niemal okupację.


Ziemie województwa warszawskiego zostały rozbite w czasie okupacji na dwie wyodrębniające się administracyjnie części. Część ziem województwa warszawskiego znalazła się w tzw. Generalnej Guberni, część zaś w Rzeszy. Powiaty — Ciechanów, Mława, Maków, Płońsk, Ostrołęka, Płock, Pułtusk, Sierpc zostały włączone do Prus Południowo-Wschodnich, zaś Gostynin znalazł się w Kraju Warty, regencji Hohensalza (Inowrocław).

W planach hitlerowskich ziemie polskie włączone do Rzeszy (Eingegliederte Ostgebiete) miały w przyszłości stanowić integralną część Niemiec. Stopieniu w jednolity niemiecki organizm państwowy miały więc ulec — ziemie województwa poznańskiego, pomorskiego, część województwa łódzkiego i północno-wschodnia część ziemi mazowieckiej (płockie, ciechanowskie i kurpiowszczyzna). Z ziem polskich jedynie Górny Sląsk uznano za tak „dojrzałą” dzielnicę, że bez okresu przygotowawczego, od razu wcielono go do starej Rzeszy jako odrębną i nową prowincję.

Granice oddzielające ziemie tzw. Generalnej Guberni od terenów Rzeszy były jeszcze w październiku 1939 r. dość płynne. Jak wiadomo ziemie polskie zostały wcielone do Rzeszy na podstawie Dekretu Hitlera z dnia 10 października 1939 r. Mam tu na myśli wymienione wyżej powiaty województwa warszawskiego wcielone do Prus Wschodnich oraz Gostynin włączony do Kraju Warty (Warthegau).

(…) w początkowych planach niemieckich teren powiatu gostynińskiego miał być przekazany Generalnej Guberni, granica zaś między terenami Rzeszy a G.G. miała przechodzić przez Radziwie. Co do powiatu płockiego, to los jego zdawał się przesądzony, choć i tu pewne obserwacje twierdzenie to mogłyby podważyć. Oto w Słupnie w budynku szkolnym w październiku 1939 r. znajdował się posterunek celny. Zlikwidowano go wprawdzie dość szybko, sam jednak fakt istnienia niemieckiej komórki celnej na terenie powiatu płockiego jest zjawiskiem dość charakterystycznym dla stabilizacji nowych granic.


(…) W okresie wojskowego zarządu okupacyjnego prezydentem miasta Płocka był inż. Zygmunt Jędrzejewski, powołany jeszcze na to stanowisko przez polskie władze wojskowe w przededniu opuszczenia miasta. U boku polskiego prezydenta miasta pracowała administracja polska. Ten stan udało się utrzymać jedynie przez trzy tygodnie.

W tym bardzo trudnym dla władz miejskich okresie Zarząd Miejski niósł pomoc jeńcom polskim, rezerwistkom, usiłował w miarę swych możliwości rozwiązywać zagadnienia socjalne i gospodarcze (zaopatrzenie miasta w artykuły żywnościowe), przystąpił do uruchomienia elektrowni miejskiej i starał się zorganizować polskie szkolnictwo. Po usunięciu prezydenta Jędrzejewskiego powołany został na to stanowisko zamieszkały od wielu lat w Płocku germanista z gimnazjum Kupieckiego, Juliusz Sachs.

Funkcję swą pełnił Sachs niedługo, bo tylko do czasu przyjazdu z Rzeszy burmistrza Schwanke. W zasadzie Niemcy niechętnie obsadzali odpowiedzialne stanowiska w niemieckiej administracji volksdeutschami, traktując ich jako coś pośledniejszego i mniej wartościowego w porównaniu z Niemcami przybyłymi z Vaterlandu.

(…) Przybyli z Reichu Niemcy uważali się za coś wyższego, choć zarówno burmistrza Schwanke jak i wielu mu podobnych charakteryzowały trzy wspólne cechy — uwielbiali oni fanatycznie swego wodza, pałali nienawiścią do Polaków i Żydów, toczyła ich żądza szybkiego wzbogacenia się. Ta zachłanność na wszelkie dobra materialne była bodaj cechą dominującą wśród Niemców przybyłych na tereny polskie. Takich cech „wielkoniemieckich” nie miał oczywiście niemiecki prezydent Juliusz Sachs, stąd też i jego rola w administracji niemieckiej ciągle malała.


Włączenie ziem rdzennie polskich (Mazowsze, Kurpie) do Rzeszy stwarzało u Niemców konieczność naukowej podbudowy tego politycznego kroku. Chodziło o wytworzenie w niemieckiej opinii publicznej przeświadczenia że nie jest to zabór, że nie są to ziemie polskie, lecz… rdzennie niemieckie i włączenie ich do Prus Wschodnich jest jedynie powrotem do stanu, który już kiedyś istniał. Dla tych zapewne celów już w listopadzie 1939 r. opracowany został przez pracowników Urzędu do Spraw Polityki Rasowej — dr E. Wetzla i dr G. Hechta – memoriał w sprawie traktowania ludności byłych obszarów polskich z punktu widzenia polityki rasowej.

Autorzy memoriału prawo do ziem polskich uzasadniali twierdzeniem, że na tysiąc lat przed przybyciem plemion słowiańskich obszary te zamieszkiwali Germanie i inne ludy rasy nordyckiej. W kilkaset lat później plemiona germańskie przekształciły się w słowiańskie pod wpływem normandzkiej warstwy panów, tworząc naród. Mieszko I był zdaniem autorów memoriału normandzkim księciem imieniem Dago. Po tej dość ryzykownej podbudowie naukowej memoriał przewidywał zupełne zniemczenie nadającej się do tego ludności polskiej, usunięcie z terenów Rzeszy ludności nienadającej się do zniemczenia i osiedlenie na terenach włączonych do Rzeszy ludności niemieckiej.


(…) Celem pozbawienia ludności polskiej wszelkich środków łączności ze światem władze okupacyjne wydały nakaz rekwizycji aparatów radiowych wśród Polaków. Nakaz wydano w listopadzie 1939 r. Aparaty radiowe magazynowali Niemcy w bożnicy żydowskiej. Po tym zarządzeniu posiadanie radia i korzystanie z niego było wielce ryzykowne. W razie donosu lub wykrycia aparatu groziły surowe kary, aż do kary śmierci włącznie.

Oczywiście brak dokładnych rejestrów utrudniał Niemcom kontrolę zarządzenia rekwizycyjnego i stwarzał możliwości ukrycia aparatu radiowego. Co odważniejsi, aczkolwiek niezbyt liczni, ryzykowali nie chcąc pozbawiać się łączności ze światem. (…) Oczywiście najlepsze warunki nasłuchu radiowego mieli ci, którzy mieszkali w samodzielnych, jednorodzinnych domkach, a więc mieszkańcy przedmieść oraz zelektryfikowana wieś. W zwartej, miejskiej zabudowie ryzyko zagranicznego nasłuchu radiowego było zbyt wielkie, jako że nigdy nie było wiadomo, czy jakiś sąsiad nie zdekonspiruje radiowca nawet w przypadkowej rozmowie.

Posiadacze aparatów radiowych przemyślnie montowali je w piecach kaflanych, w kuchniach, w ścianach piwnic, w zachowankach, na strychach, zakopywali poza domem, by w razie potrzeby przynieść do mieszkania i podłączywszy do sieci wysłuchać w języku polskim zagranicznego dziennika.

Przez całą okupację niemiecką mimo terroru i ogromnego ryzyka tą właśnie drogą najszybciej docierały do świadomości Polaków wiadomości z frontu, a podawane z ust do ust lotem błyskawicy rozchodziły się po całym mieście. Zakaz słuchania radia, mający na celu osłabienie ducha oporu wśród ludności polskiej, nie osiągnął celu, aparaty radiowe w mieście były w posiadaniu Polaków i informacje drogą „z ust do ust” przeciekały do polskiej opinii publicznej.


(…) W obliczu wspólnej, okupacyjnej niedoli ludzie stawali się sobie bliżsi, bardziej zwarci, bardziej w smutku i pragnieniu odmiany zbratani. Objawy szlachetności, pomocy cierpiącym, odruchy serca i zrozumienie cudzej niedoli lub krzywdy były w pierwszych miesiącach niemieckiej okupacji powszechne, jakieś bardziej ludzkie i naturalne niż przed wojną. Potwierdzała się w latach okupacji stara prawda, że wspólne nieszczęścia ludzi zbliżają.

Początkowo pomoc ludziom doświadczonym przez wojnę (jeszcze w okresie pracy polskiego zarządu miejskiego) przybrała formy organizacyjne w postaci Miejskiego Komitetu Pomocy, na czele którego stał ks. prałat Figielski.


(…) Drugą bardzo ważną czynnością administracji niemieckiej na terenach okupowanych była ewidencja ludności polskiej zamieszkałej w Płocku. Działania wojenne i „wędrówka ludów” zainicjowana na falach radiowych przez pułkownika Umiastowskiego ogromnie pomieszały Polaków w czasie działań wojennych. Poza tym powszechna mobilizacja i opuszczenie dotychczasowych miejsc zamieszkania przez tych obywateli polskich, którzy z uwagi na przedwojenną pracę nie chcieli spotkać się z niemiecką działalnością represyjną sprawiły, że i w Płocku władze niemieckie uznały za konieczne zaewidencjonowanie zamieszkujących miasto Polaków.

Zaraz po zajęciu obszarów polskich przez oddziały niemieckie, Niemcy rzucają podstępne i perfidne hasło „Wszyscy na swoje dawne miejsca, wszyscy do pracy na swych przedwojennych stanowiskach”. Wielu ludzi dało się wziąć na lep podstępu i zaczęło się zgłaszać na swoje dawne stanowiska. W parze z tym szło zarządzenie niemieckie polecające rejestrowanie i ewidencjonowanie elementów inteligenckich.

Do tego zadania przystąpiła administracja niemiecka już w październiku 1939 r. przez sporządzenie wykazów pracowników wymiaru sprawiedliwoici, sędziów, prokuratorów, adwokatów, personelu urzędniczego, duchowieństwa, nauczycieli. Akcja ta prowadzona była pod pozorem zatrudnienia rejestrowanych osób w szkołach, w biurach itp.

Już na samym początku okupacji szczególną uwagę zwrócono na byłych wojskowych i uczestników kampanii wrześniowej. Zarządzenie niemieckie nakazuje meldowanie się wszystkim byłym wojskowym w Zarządzie Miejskim. Meldunki odbywały się raz w tygodniu, a meldujących w początkowej fazie nikt nie rejestrował. W pierwszej dekadzie listopada 1939 r. z uwagi na zbliżające się 11 listopada święto niepodległości zabrano z Płocka do Oflagów wszystkich oficerów 8 pułku artylerii lekkiej. Oficerowie ci w uznaniu dzielnej postawy w walkach w okolicy Nowego Dworu na prawach honorowej kapitulacji powrócili do swych rodzin do Płocka zachowując białą broń. Administracja niemiecka przez pewien czas tolerowała oficerów, w obawie jednak przed ich wpływami na społeczeństwo płockie wolała pozbyć się niepewnych i wykwalifikowanych w dziedzinie wojskowej ludzi i wywieźć ich do obozów jenieckich.

Na przekór ewidencji stan ludności polskiej w Płocku był płynny. Mimo rozgraniczenia terenów przyłączonych do Rzeszy i Generalnej Guberni przeciekanie ludności przez tzw. „zieloną granicę” było dość powszechne. Do Generalnej Guberni przechodzili Polacy i Żydzi, ludzie, którzy woleli klimat warszawski niż pruski „Ordnung”, ludzie, którzy czynili to w celach zdobycia większych dochodów za „szmukiel”, wreszcie członkowie zawiązujących się w kraju tajnych organizacji wojskowych mających na celu walkę z okupantem lub wreszcie ci, którzy musieli się chronić przed aresztowaniem.

Granica między terenami włączonymi do Rzeszy a Generalną Gubernią strzeżona była przez niemiecką służbę wojsk pogranicza, zwaną wśród Polaków „zielonymi”. Jeśli chodzi o teren Płocka i okolic, to przechodzenie granicy odbywało się najczęściej i stosunkowo najbezpieczniej w okolicy Brzozowa koło Iłowa. Zarządzone przez Niemców wydawanie dowodów tożsamości miało na celu wprowadzenie pewnej stabilizacji w dziedzinie kwaterunku, ułatwienie kontroli nad ruchem ludności, no i przede wszystkim przygotowanie późniejszych akcji dyskryminacyjnych.

Stanisław Chrzanowski, „Notatki Płockie”, 1960 r., 5/17-18

Na zdj.: 1939 r. Niemcy na Wzgórzu Tumskim. Fot. z archiwum Piotra Gryszpanowicza

Kategoria: News, Stary Płock

Udostępnij artykuł:

aa

Polityka prywatności © 2026 Gazeta Płocka. Projekt i wykonanie: Hedea.pl