Robert MajewskiRobert Majewski

Od nastolatka z winylem w dłoni do muzyka stojącego obok Mistrza… Dziękuję, Panie Staszku. Ty i Twoja muzyka będziecie żyć we mnie zawsze

8 listopada 2019 roku, na scenie Płockiej Szkoły Muzycznej, razem z moim chórem Vox Singers, zaśpiewaliśmy ze Stanisławem Soyką. To było jak zamknięcie kręgu.

Byłem w drugiej klasie liceum, kiedy w moje ręce trafił winyl zatytułowany po prostu „Stanisław Sojka”. Płyta wydana przez angielską wytwórnię RCA, cała zaśpiewana po angielsku, a jednak niosąca w sobie coś, co mówiło do mnie czystą polską prawdą, zrozumiałą przez chłopaka z prowincji, który marzył, aby zostać muzykiem. To było objawienie – mistrzowskie piosenki, takież aranżacje, światowa produkcja, a jednocześnie intymność, która trafiała prosto w serce.

Tak odkryłem Mistrza Stanisława, a moja admiracja Jego muzycznego kunsztu trwa nieprzerwanie od czterech dekad.


Dopiero później dowiedziałem się, że w wydaniu tej płyty na Zachodzie pomógł mu menedżer Maanamu – Robert Lyng. Historia, jak to Marek Jackowski zaprosił Staszka na spotkanie, jak Bob Lyng zachwycił się jego nagraniami i wciągnął go w orbitę RCA – to wszystko brzmi jak opowieść o kimś, kto znalazł się na granicy światów.

Z jednej strony Śląsk, Akademia Muzyczna w Katowicach, jazzowe początki, profesor Tadeusz Borkowski i jego prorocze słowa: „Davidem Ojstrachem nie będziesz, ale masz talent improwizatorski”. Z drugiej – Frankfurt, Londyn, kontrakty i rekiny show-biznesu. A jednak Soyka zawsze pozostawał Soyką – kompletnym artystą, samowystarczalnym, wiernym sobie. Nigdy nie tańczył ani nie zakładał spektakularnych fryzur, choć wiedział, że czasem trzeba zrzucić kilkanaście kilogramów, żeby przeżyć w świecie pełnym obcych reguł.

Dla mnie był artystą totalnym. Choć nie był pianistą par excellence, to jego sposób akompaniowania był dla mnie wzorcowy. Kilka jego patentów zaimplementowałem na własny użytek – i nieraz z nich korzystam.


Tamten winyl RCA wciąż brzmi dziś tak samo świeżo, a przecież nigdy nie doczekał się reedeycji, nie ma go na streamingach. Słucham go i myślę, jak wiele zawdzięczam Panu Staszkowi. Obok niego w moim sercu stoją inne jego płyty – „Matko, która nas znasz„, która pokazała mi, że proste pieśni kościelne można traktować jak wybitne kompozycje. Albo „Soyka Sings Ellington” – dowód, że jazzowe źródła Staszka były nie tylko solidnym fundamentem, ale i pasją, która nigdy w nim nie wygasła.

I potem – „Tryptyk rzymski”. Do słów papieża Jana Pawła II. Soyka opowiadał, jak mógł ucałować papieski pierścień, powtarzając w kółko tylko jedno: „Dziękuję, Ojcze, dziękuję Ci”. Muzyka, która sama się komponowała, jakby Jan Paweł II prowadził go za rękę. Jeszcze później – „Sonety Szekspira”. Gdy ktoś napisał „Ręce precz od Szekspira”, Maciej Słomczyński, który przetłumaczył te „Sonety”, odpowiedział: „Ręce precz od Soyki. Właśnie sprzedałem 30 tysięcy egzemplarzy wznowionego tomiku!”. Od tej płyty Soyka – jak sam wyznał – stał się sługą poetów.

Wzruszyła mnie kiedyś jego opowieść o wypadku – o tym, jak życie można łatwo stracić, a jak trudno uszanować dar drugiej szansy. I ten obraz: Soyka, wielki artysta, a jednak gdzieś we Wrocławiu kupujący kapiszony i strzelający nimi dla zabicia nudy, aż napotkał wzrok nauczycielki, który przeniknął go jak ostrze i powiedział bez słów: „Uważaj”. Tak, Staszek umiał patrzeć na siebie bez taryfy ulgowej, z humorem i surowością zarazem.

I jeszcze „Tolerancja” – jego najpiękniejsze kazanie o miłości. Sam mówił: „To moja, uproszczona wersja tego, czego Chrystus uczył o miłości. Są wiara, nadzieja i miłość, a największa z nich jest miłość. Trudna formuła, bo trzeba siebie samego dać. Ale życie przekonuje, że najlepiej jest, gdy prawda, o której śpiewam, przejawia się w każdym naszym poczynaniu”. To właśnie dlatego Soyka był wielki – bo w jego muzyce prawda miała zawsze twarz człowieka.


Kilka dekad po tym, jak pierwszy raz usłyszałem jego „angielską” płytę, spełniłem swoje marzenie. 8 listopada 2019 roku, na scenie Płockiej Szkoły Muzycznej, razem z moim chórem Vox Singers, zaśpiewaliśmy ze Stanisławem Soyką. To było jak zamknięcie kręgu – od nastolatka z winylem w dłoni do muzyka stojącego obok Mistrza.

Dziś Pana Staszka nie ma już między nami. A jednak ze mną wciąż jest – w każdym takcie, w każdym frazowaniu, w każdym akordzie, który nagle okazuje się oknem otwartym na nieskończoność. Był jednym z tych artystów, których się ma na całe życie.

Dziękuję, Panie Staszku. Choć odszedłeś, Ty – i Twoja muzyka – będziecie żyć we mnie zawsze.

Robert Majewski

Dyrygent chóru Vox Singers, autor bloga W Kulturalny Sposób

Na zdj.: 2019 r., Stanisław Soyka z Vox Singers. Fot. Vox Singers

Kategoria: Kultura, News, Opinie

Udostępnij artykuł:

Polityka prywatności © 2026 Gazeta Płocka. Projekt i wykonanie: Hedea.pl