Ks. Andrzej RojewskiKs. Andrzej Rojewski
OD ŚWIĘTA DO ŚWIĘTA

Nie da się zrozumieć siebie ani bliźniego bez Bożego Narodzenia. Może jednak i my jesteśmy zamknięci w sobie: w „pałacu samouwielbienia”…

… albo w naszych prześladowczych lękach i nie słyszymy wołania, by pójść i pokłonić się „dziś nam Narodzonemu”?

Każdego roku w Noc Bożego Narodzenia słyszmy to samo orędzie, a jednak nie spowszechniało nam ono i za każdym razem te same słowa mają dla nas szczególne znaczenie. Tak jest i teraz w intymności, w tajemnicy tej nocy, w której rodzi się Zbawiciel, w głębi nas samych budzi się nadzieja, że coś radośniejszego, potężniejszego zaczyna się dziać, coś, co sprawi, że jutrzejszy dzień nie będzie podobny do dzisiejszego. Ale natychmiast odzywa się głos przestrogi, że po świętach wszystko znowu będzie takie, jak przed świętami. Szarzyzna życia szybko da o sobie znać, pojawią się takie same, jeśli nie większe dramaty.

Boże Narodzenie byłoby tylko wzruszającą legendą, gdyby nie fakt, że spotyka się w nim twardą ziemską rzeczywistość. Szaty idylli uszyła Bożemu Narodzeniu ludzka wyobraźnia, która znalazła sprzymierzeńca w jednym z niezbywalnych elementów człowieka – w opowiadaniu.


Opowiadanie było czymś więcej, niż namalowanie obrazu. Było jak duch dla ciała. Ożywiało fakty. Z opowiadaniami o Bożym Narodzeniu było podobnie jak z życiem: nie wszystkie wątki były w nich podejmowane, nie na wszystkie pytania odpowiadano. Niekiedy zaś im mniej wiedziano, tym bardziej puszczano wodze wyobraźni. Może kierowano się swoistą logiką, według której Ewangelia sygnalizuje niektóre wątki, ale ich nie rozwija.

Ewangelia nie ukrywa problemów, ale nie na każdy z nich odpowiada. Bo dlaczego np. jedni zrozumieli, co się stało, a inni nie? Herod niczego nie pojął z tego, co mu mówiono o Dzieciątku i jeszcze bardziej zaślepiła go władza i mania prześladowcza. Wraz z królem niczego nie zrozumiała także cała zalękniona Jerozolima. Nic nie pojęli lani udzie „w miękkie szaty odziani”, ani uczeni w Piśmie i specjaliści od jego wyjaśniania. Znali dokładnie odpowiednie miejsca w Biblii, ale to nie wystarczyło, by uchwycić sercem i umysłem o co w nich chodzi.


W przeciwieństwie do prominentów tamtych dni zrozumieli Boże Narodzenie: Maryja, Józef, pasterze, porównywani ze stanem wyrobników w naszym dawnym społeczeństwie; pojęli także mędrcy ze Wschodu (choć poganie!) i dziw nad dziwy, pojęły również zwierzęta: wół i osioł! W grocie, do której zapędzano trzodę w razie niepogody, znalazło się Dziecko wraz z Maryją i Józefem. Tych troje było tam gośćmi, podczas gdy wół i osioł – gospodarzami. Ci byli u siebie.

W Greccio, w grocie skalnej, stosownie do polecenia św. Franciszka z Asyżu, stały w świętą noc Bożego Narodzenia żywe zwierzęta: wół i osioł. „Chciałbym zobaczyć Dzieciątko na własne oczy, tak jak to było, leżące w żłobie i śpiące na sianie między wołem i osłem” – mówił Święty. Od tego czasu wół i osioł należą do wystroju każdego żłóbka.


Te dwa zwierzęta obecne przy narodzinach Zbawiciela nie są wytworem pobożnej fantazji, lecz wynikiem wczytania się w teksty Pisma świętego Starego i Nowego Testamentu.

Proroctwo Izajasza głosi: „Wół rozpoznaje swego pana i osioł żłób swego gospodarza, Izrael na niczym się nie zna, lud mój niczego nie rozumie”.

Chrześcijanie odnosili te słowa do Kościoła składającego się z Żydów i pogan. Przed przyjściem Jezusa na świat byli oni jak „wół i osioł”, gdyż niczego nie rozumieli z Bożych zamysłów. I dopiero Dziecię w żłobie otworzyło im oczy: poznali swego Pana. Stąd śpiewamy w kolędzie: „Na kolana wół i osioł przed Nim klękają. Jego swoim Stworzycielem, Panem uznają”.

O obu zwierzętach trzeba nawet powiedzieć jeszcze coś więcej: w średniowiecznych obrazach bożonarodzeniowych wół i osioł mają niemal ludzkie twarze i oczy, które jakby z uwielbieniem patrzą na Dzieciątko i pokornie chylą się przed Nim.

Oba zwierzęta są symbolem, za którym kryje się tajemnica chrześcijan, tajemnica każdego z nas. Bo czyż nie jesteśmy wobec Pana i Boga jak wół i osioł, którym w noc Bożego Narodzenia otwierają się nasze oczy na Niego i na nas samych?


Może i my zaplątujemy się w uczony wykład Biblii, w udowadnianie jej historycznej prawdziwości lub nieautentyczności i jesteśmy jak człowiek, który nie zna Boga ani samego siebie. Bo nie da się zrozumieć siebie ani bliźniego bez Bożego Narodzenia. Może i my jesteśmy zamknięci w sobie: w „pałacu samouwielbienia”, albo w naszych prześladowczych lękach i nie słyszymy wołania, by pójść i pokłonić się „dziś nam Narodzonemu”?

Ustawiając przy żłóbku ich dobrze znane figury, westchnijmy do Boga, by dał nam prostotę serca, która sprawi, że w Dzieciątku odnajdziemy swego Pana i Zbawiciela.

Ks. Andrzej Rojewski

Wieloletni wykładowca liturgiki w Wyższym Seminarium Duchownym w Płocku, obecnie kapelan Domu Seniora Leonianum.

Kategoria: News, Opinie

Udostępnij artykuł:

Polityka prywatności © 2026 Gazeta Płocka. Projekt i wykonanie: Hedea.pl