Gabriela Nowak-DąbrowskaGabriela Nowak-Dąbrowska

Arbajterowie, Płocczanie z Szerokiej. 85 lat temu siłą wyrzuceni z domu i wywiezieni z Płocka. Na ul. Kwiatka już nie wrócili

To jedna z 10 rodzin, o której opowiada wystawa Fundacji Nobiscum w Archiwum Państwowym, przygotowana w 85. rocznicę deportacji blisko 9-tysięcznej społeczności żydowskiej z płockiego getta.

Rodzina Arbajterów: Hersz Icek (1889–1942), Hugra (1892–1942) oraz ich pięciu synów – Eliasz Mendel (ur. 1919), Mordka (ur. 1922), Izrael Beer (ur. 1925), Uren (ur. 1927) oraz Józef (ur. 1929–1942), mieszkała w Płocku przy ulicy Józefa Kwiatka 3, w kamienicy Mendla Jakuba i Hindy Małki Perelgryców.

Hersz Icek Arbajter utrzymywał rodzinę, pracując jako krawiec. Jego synowie uczęszczali do polskich szkół, lecz w domu mówili w jidysz i należeli do organizacji syjonistycznych.

Eliasz Mendel po ukończeniu edukacji pracował jako subiekt, Mordka poszedł w ślady ojca i został krawcem. Po wybuchu II wojny światowej najstarszy z braci – Eliasz Mendel uciekł do Związku Radzieckiego. Początkowo pracował jako nauczyciel, następnie wstąpił do wojska. Został zabity w pobliżu granicy polsko-niemieckiej.

Arbajterowie zostali deportowani z płockiego getta do obozu przejściowego w Działdowie w drugim transporcie. Jak wspominał po latach Uren Arbajter:

To był wstęp do tego, co miało nadejść: systemu nadużyć, brutalności, deprywacji i cierpienia. Rodziny wciąż trzymały się razem, ale teraz otaczały nas wysokie druciane ogrodzenia i wieże obserwacyjne obsadzone przez uzbrojonych strażników, gotowych do strzału. Niemieccy żołnierze krzyczeli na więźniów i bili ich bez powodu. To był proces dehumanizacji w ramach systemu nazistowskiego. Całkowite zaprzeczenie godności i szacunku do samego siebie.

Nie było prycz. Tłoczyliśmy się z najbliższymi na podłodze koszar, spędzając większość dnia w kolejkach po jedzenie – racje żywnościowe pozwalające przetrwać. Czas, który nie był spędzany w kolejkach po żywność, spędzano w koszarach. Jedynymi sytuacjami, kiedy pozwalano nam wychodzić, było pójście do latryn.

Pamiętam, że postawa mojego ojca zmieniła się z jego dawnego autorytarnego stylu na wycofanie – w wyniku głębokiego szoku. Stracił sporo na wadze, ubrania po prostu na nim wisiały. Moja matka zdawała się być całkowicie zajęta tym, żeby nie przegapić porcji zupy, ustawiając nas w kolejce jako grupę. Moi bracia i ja byliśmy zbyt przejęci surowością obozowej rutyny, żeby się ze sobą kłócić. Drastyczna różnica między naszym życiem domowym, a nagłym wystawieniem na życie w brutalności odbiła się na nas.

Duża liczba osób spośród nas umierała – chorzy, starsi, a także pacjenci szpitali, którzy zostali ewakuowani razem z nami – cała ta grupa ludzi, która nagle znalazła się bez tak niezbędnych do przetrwania udogodnień. Niezwykle nas to martwiło i miało na nas głęboki, emocjonalnie wyniszczający wpływ. Wielu umierających po prostu odmawiało udzielenia sobie pomocy, zdając sobie sprawę, że ich sytuacja jest beznadziejna. Byli zrezygnowani, gotowi umrzeć, nie chcieli już być dla nikogo ciężarem, odmawiali nawet łyżki zupy lub kawałka chleba…„.

W marcu 1941 roku rodzina Arbajterów została wysiedlona do Bodzentyna. Znalazła schronienie w pomieszczeniu gospodarczym małego domu na wsi – Hersz Icek zdołał dogadać się z właścicielami, oferując im część złotego łańcuszka Hugry. Po 3-4 tygodniach pobytu w Bodzentynie Arbajterowie zostali zabrani do getta w Starachowicach. Znaleźli początkowo zakwaterowanie w domu piekarza, który znajdował się w samym sercu getta, następnie wynajęli dwa pokoje w domu znajdującym się tuż za gettem, którego właścicielka była pobożną katoliczką. Izrael Beer znalazł pracę jako złota rączka, a Hersz Icek, przy pomocy Mordki, zajmował się krawiectwem, na potrzeby czego gospodyni pożyczyła im starą maszynę do szycia.

27 października 1942 roku Niemcy zlikwidowali getto. Hersz Icek, Hugra i Józef zostali deportowani do obozu zagłady w Treblince. „Dzieci, zostańcie po drugiej stronie i ratujcie się. I pamiętajcie, że kiedy przeżyjecie, będziecie kontynuować żydowskie życie i żydowską tradycję” – były to ostatnie słowa, które Mordka, Izrael Beer i Uren usłyszeli od swojego ojca. Bracia pozostali w Starachowicach, gdzie pracowali w fabryce amunicji, która podlegała pod koncern Herman Göring Werke.

W lipcu 1944 roku Niemcy rozpoczęli likwidację obozu pracy. 1500 więźniów, w tym również bracia Arbajter, zostali deportowani do Auschwitz. Uren Arbajter:

„Auschwitz było miejscem, gdzie zagorzali zbrodniarze najgorszego sortu mogli bez ograniczeń wdrażać w życie swoje nikczemne zamiary. Usankcjonowani, wspierani i nagradzani przez nazistowską machinę zagłady sięgającą aż do Berlina, najgorsi zbrodniarze Europy uzyskali władzę nad życiem setek tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci…„.

Izrael Beer został rozdzielony z braćmi. Wysłano go do obozu koncentracyjnego Stutthof, następnie do Tailfingen, Stuttgartu i Dautmergen, gdzie pracował w fabryce wydobywającej ropę z łupków prawie do końca wojny. Wraz z około 2000 innych więźniów został zmuszony do marszu śmierci przez Schwarzwald.

W listopadzie 1944 roku Uren Arbajter został wysłany do obozu Flossenbürg, następnie Gross-Rosen i Leonberg. Bracia ponownie spotkali się w obozie w Feldafing. Po zakończeniu wojny wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych.

Na zdj. obok: Uren Arbajter (fotografia wykonana prawdopodobnie w obozie Feldafing w Niemczech tuż po wyzwoleniu)

Na zdj. na górze strony: bracia Arbajter, od lewej: Józef, Uren, Izrael Beer, Mordka i Eliasz Mendel. Płock, ok. 1932 r. Fot. ze zbiorów Fundacji Nobiscum

Kategoria: News, Opinie

Udostępnij artykuł:

Polityka prywatności © 2026 Gazeta Płocka. Projekt i wykonanie: Hedea.pl